DeFacto BOSACKA

wywiad_thumbnail

Katarzyna Bosacka swoją karierę dziennikarską zaczynała w prasie, ale to telewizja jest jej prawdziwym żywiołem. Po krótkiej przerwie wróciła na szklany ekran. Od ubiegłego roku możemy ją oglądać w programie „DeFacto Bosacka” w TTV.

Skąd czerpie Pani pomysły do programu?

Wstaję rano i zaczynają mi przychodzić do głowy pytania, które zadaje sobie wiele osób. Na przykład widzę, że moja córka, zachęcona reklamą, kupiła nową czarną pastę do zębów. Zaczynam się zastanawiać, czy rzeczywiście czarna pasta zadziała lepiej niż ta, której do tej pory używaliśmy, jaka powinna być pasta dla dzieci, jaka dla dorosłych, a jaka dla osób starszych. Tak właśnie powstaje ten program. „DeFacto Bosacka” jest rozwinięciem formatu, który już wcześniej był na antenie TTV, ale teraz zyskał bardziej autorską formę dzięki prowadzącej w mojej osobie. Poruszam tematy bliskie każdemu z nas.

Brakowało Pani telewizji?

Nie da się ukryć, że jestem zwierzęciem telewizyjnym. Zaczynałam od prasy, ale większość swojej dziennikarskiej kariery spędziłam w telewizji, w której pracuję od 2006 roku. W przerwie od tego medium nie siedziałam z założonymi rękami. Gdy nie miałam swojego programu w telewizji, pisałam do prasy i założyłam kanał na YouTube – EkoBosacka.

Będzie go Pani nadal prowadzić?

Tak. Kanał cały czas działa, co tydzień publikuję nowy odcinek. Zajmuje się na nim ekologią, ale bez ekstremizmu. Nie będę teraz wszystkim mówić, żeby zaczęli chodzić w łapciach z łyka czy jedli skórę z arbuza. Doradzam, co każdy z nas może zrobić, żeby małymi kroczkami stawać się bardziej eko. Może dzisiaj nie zabiorę plastikowej butelki na basen, tylko wezmę szklaną? Może następnym razem na zakupy zabiorę torbę wielokrotnego użytku i kupię siateczki na warzywa zamiast znosić do domu plastik? Może w kuchni wymienię wszystkie plastikowe pudełka na zwyczajne, oldschoolowe słoiki, takie, w jakich moi rodzice przechowywali w czasach PRL mąkę czy cukier? To są zdroworozsądkowe porady, a nie z kosmosu, oderwane od rzeczywistości.

Jak się Pani odnalazła w wirtualnym świecie?

YouTube jest zupełnie innym medium niż telewizja. Nie jest aż tak wymuskany, wyreżyserowany, nie muszę mieć pięknie ułożonej fryzury. Sama sobie układam włosy, robię makijaż, występuję w rzeczach, które mam w szafie i nie muszę ich zmieniać do każdego odcinka, bo mało kto zwraca na to uwagę. Nagrywamy albo u mnie w ogródku, albo w moim małym mieszkaniu, które przeznaczyłam na studio. Ekipa jest minimalna, w czasie pandemii zredukowana do trzech osób. Sami musimy ustawić scenografię. To trochę inna praca niż w telewizji. YouTube jest moim zdaniem trudniejszy w formule, od razu widać, kto ma wiedzę i potrafi ją przekazać, a kto nie. Natomiast telewizja jest dużo bardziej montowana, dynamiczna, więcej się dzieje. I ma zupełnie inny budżet.

Oglądają Panią osoby, które wcześniej śledziły Pani programy w telewizji?

Tak, choć mam też nowych widzów. W czasie pandemii spędzaliśmy dużo czasu w naszym domu pod Poznaniem, skąd mamy blisko do Wielkopolskiego Parku Narodowego. Kiedy lasy nie były zamknięte, chętnie tam spacerowaliśmy. W lesie można było chodzić bez maski, więc ludzie mnie rozpoznawali. Zwykle ci starsi wołali: „O, zobaczcie, to ta pani z telewizji’’. Z kolei młode osoby mówiły: „Oglądamy panią w internecie’’.

Podczas izolacji udało się Pani znaleźć więcej czasu dla siebie?

Nie było łatwo, ale przeczytałam parę zaległych książek. A jak już miałam wszystkiego dosyć, to brałam psa i szłam na długi spacer. Lubię chodzić, więc dystanse po dziesięć czy nawet kilkanaście kilometrów nie są dla mnie niczym nowym. Często też spacerujemy oboje z mężem. Polecam, bo chodzenie jest najprostszą i najzdrowszą formą ruchu.

Ma Pani czworo dzieci. Czy zdalne nauczanie było wyzwaniem?

To było naprawdę trudne, zwłaszcza dla najmłodszego Franka, który ma siedem lat i był w pierwszej klasie. Ciężko go było zagonić do lekcji, a poza zdalnym nauczaniem było jeszcze odrabianie prac domowych i to nie jedna kartka do zrobienia, ale kilka codziennie. Na szczęście starsze dzieci mogły mu pomóc w wypełnianiu kart z angielskiego, bo mówią płynnie w tym języku. Mieszkaliśmy w tym czasie w naszym domu na wsi. Połączenia internetowe czasem się rwały. Nie dysponujemy aż tyloma komputerami, więc dzieci musiały się dzielić. Franek miał zajęcia codziennie o godzinie dziesiątej. Trzeba go było do nich przygotować, musiał być ubrany, umyty, po śniadaniu, przygotowany, z książkami i zeszytami. Gdyby nie to, że siedzieliśmy wszyscy razem w domu, dzieliliśmy się obowiązkami, to rzeczywiście byłoby ciężko. Nie wyobrażałam sobie, jak na przykład samotna mama, która wychowuje dziecko w tym wieku i ma jeszcze własną zdalną pracę, dała radę to wszystko pogodzić.

Dziękuję za rozmowę.